POLECAMY‎ > ‎

"Ludzie z kryjówek" -c.d.

opublikowane: 3 sty 2012, 08:03 przez Wiara i Tęcza   [ zaktualizowane 3 sty 2012, 08:03 ]
Agnieszka

Co do tego, że jest we mnie wiele postaw charakterystycznych dla wszystkich typów
patologicznych „ludzi z kryjówek” opisanych przez Kępińskiego - nie mam wątpliwości.
Tak samo jak nie mam wątpliwości, co do pierwotnej i zasadniczej przyczyny tego typu
zachowań, którą w moim przypadku niewątpliwie jest STRACH. Wiem też, że dzisiaj jestem
trochę mniej „człowiekiem z kryjówki”, niż byłam np. kilka lat temu. Wiele moich kryjówek
padło, wiele się wciąż utrzymuje… Nie o tym jednak chciałabym napisać. Mnie osobiście,
na kanwie eseju Tischnera, bardzie interesuje, nie tyle odnajdywanie u siebie opisanych
tam postaw, lecz uzyskanie odpowiedzi na zadane przez Tischnera pytanie: „Gdzie leży
właściwy klucz przemiany?”
Na początku Tischner pisze za Kępińskim ”o potrzebie uporządkowania metabolizmu
informacyjnego, a więc o poszerzeniu pola świadomości, „o powtórnym przetrawieniu siebie”,
o konieczności swobodnego odreagowania kompleksów emocjonalnych”.
Co to, tak naprawdę, znaczy? Dla mnie „uporządkowanie metabolizmu informacyjnego”, to
przede wszystkim nazwanie rzeczy po imieniu – MAM PROBLEM.
Bez tej diagnozy pójście dalej jest niemożliwe. Mam problem, bo lęk przed światem i jego
reakcjami mnie paraliżuje. Zamiast, być sobą i żyć odważnie, bez obaw o to, jak widzi mnie
świat - stosuję kamuflaż, różne systemy ucieczkowe, które paraliżują moje życie, w taki
sposób, że już sama nie wiem, co jest „mną”, a co jest „maską”. A mam „ten” problem,
bo nie umiem rozwiązać tego sama. Kępiński, w kwestii rozwiązania mojego problemu
nie pozostawia złudzeń, cyt:”Niedozowana przy tym okazuje się obecność człowieka,
który potrafi zdobyć się na szczerą aprobatę drugiego.”
I tu okazuję się bez drugiego
człowieka nie ruszę z miejsca. Ja osobiście zawsze chciałam rozwiązywać swoje problemy
sama. Było tak od zawsze. Proszenie o pomoc i wsparcie kojarzyło mi się ze słabością, a
słabością podświadomie pogardzałam. Ale kiedy straciłam wszelkie własne możliwości,
kiedy przyparło mnie do muru, kiedy zabrakło mi własnych narzędzi – poszłam i poprosiłam.
Poszłam na terapię. Psychoterapia, jak pisze Tischner, usuwa przeszkody. Zgadzam się
w zupełności! Sama bym nie dała rady. „Drugi” stał się moją drogą do wolności… Dzisiaj,
proszenie o pomoc otwiera przede mną nową perspektywę, wyprowadza mnie z mojej
ciasnej izby. Ludzie z reguły chcą pomagać, chcą być blisko siebie.

Sama świadomość jednak nie wystarczy – czytamy dalej - „trzeba zmienić skostniały
stereotyp reakcji, poddać go władaniu obiektywnej prawdy, dążyć do obudzenia w człowieku
ducha sprzyjania prawdzie.” To zdanie jest niesamowite! Jak chcesz być człowieku
wolny, nie możesz z automatu przyjmować narzuconych schematów myślenia o samym
sobie i innych. Takie schematy, są niczym kajdany, trzymają nas „krótko” i boleśnie („ja
powinnam być taka, on powinien być taki”). Masz człowieku, pisze Tischner, obowiązek
szukania prawdy. Nie wystarczy się o nią otrzeć, poprzyglądać z bezpiecznej odległości,
trzeba jej szukać i przyjąć – czyli działać, wysilić się, nie zadowalać się byle czym dla
świętego spokoju – trzeba zmieniać skostniały stereotyp reakcji. Bo prawda nie jest
niebezpieczna. Taka jest PRAWDA, nie ma się już czego bać. Taka jestem, nie ma się kogo
bać. Wielokrotnie, gdy w drobnych sprawach postawiłam na „prawdę”, zamiast wykręcić się
kłamstwem, doznawałam ulgi. Jakby zeszło ze mnie powietrze. Opuszczało mnie napięcie,
ostatecznie zyskiwałam spokój. Moja zdławiona energia, jakby zostawała uwolniona. Jeżeli
w prostych sytuacjach to zadziałało, to chyba z powodzeniem można przerzucić ta metodę
na „grubsze” sprawy. W czasie pobytu u rodziców w minione Święta, postanowiłam zburzyć
mur, który zbudowałam pomiędzy mną i mamą, nie mówiąc jej przez lata kim naprawdę
jestem i jak żyję. Zrobiłam to, dzięki Łasce Bożej (sama nie przypisuje sobie tyle siły)!
W tym czasie, pomimo wielu obaw i niepewności, poszerzyłam horyzont mojej własnej
wolności. Niesamowite uczucie!

„Tak więc, istnieją dwa podstawowe warunki wyzwolenia człowieka z jego lęku: drugi
człowiek i otwarcie na prawdę.”

Jakiś czas temu, na Tezeuszu toczyła się ożywiona dyskusja po tekście rekolekcyjnym
Basi Kapturkiewicz dot. m.in. wykluczenia osób homoseksualnych. Jedna z komentatorek
napisała, że „To nie litość, pogarda, czy wykluczenie jest tutaj centralnym tematem, ale
strach. Strach i obawa przed innością, nienaturalnością i przed tym, że ludzie dowolnie mogą
sobie ustalić co jest normą a co nie.”
Tak, jak prawda wyzwala, tak też kurczowe „trzymanie się” strachu – zniewala i daje
wykrzywiony obraz rzeczywistości, która jest obca i wroga, i którą trzeba jakoś sobie
podporządkować. Człowiek, którzy podąża uczciwie w poszukiwaniu prawdy nie musi bać się
innych (np. homoseksualistów, innowierców, „ortodoksów”, czy innych inaczej myślących).
Oni nie są dla niego na tej drodze zagrożeniem. Jeżeli mu z nimi nie po drodze, po prostu
przechodzi obok i idzie swoją drogą.

Zabrakło mi jednak w tekście Tischnera bardzo ważnej przesłanki przemiany. Dla mnie
ma ona znaczenie zasadnicze i pierwszoplanowe. JEST NIĄ ODWAGA. Ja osobiście
miewam jej mało, chyba, że chodzi o jakąś ekstrawagancję lub zadymę, wtedy bywam
skora do popisów, jak mi się teraz zdaje, nie tyle odwagi, lecz ignorancji. Konfucjusz
powiedział, że „brakiem odwagi jest wiedzieć, co prawe, lecz tego nie czynić.” No właśnie.
To stwierdzenie opisuje moje częste podejście do sprawy. Wiem, co robić, ale tego nie robię.
Tischner niestety nie podpowiada, co z tym fantem, tak po ludzku zrobić. Dlaczego? Czyżby
nie zauważył luki w swoim rozumowaniu? :) Może dlatego, że są sprawy, w których rozum,
świadomość, czy nawet drugi człowiek nie wiele zdziała...Bo wtedy na scenę życia może
wejść tylko BÓG...