Świadectwa‎ > ‎

Świadectwo Ani

opublikowane: 24 lut 2012, 11:33 przez Wiara i Tęcza
Moja historia pogodzenia wiary z orientacją homoseksualną odbyła się dość łagodnie. Mam
to szczęście, że jak dotąd nikt nie próbował mnie leczyć z mojej orientacji, nikt też nie faszerował
mnie lekami czy nie poddawał hipnozie. Cały „proces” godzenia jednego z drugim odbył się we
mnie jeszcze zanim dokonałam coming outu. Odkrywając się przed najbliższymi miałam już jasno
sprecyzowaną kwestię mojej orientacji i wiary w Boga. Dlatego też nie poddałam się mówieniu,
o tym, że zostanę potępiona, że jak w związku z tym wszystkim mogę w ogóle chodzić do Kościoła…

Jeszcze przed dokonaniem coming outu, gdy byłam już pewna na 100%, że to COŚ- to, że podobają
mi się kobiety, że inaczej czuje się w towarzystwie niektórych z nich itp.- to właśnie homoseksualizm,
zaczęłam zastanawiać się jak ma się to do mojej wiary. Początkowo pojawił się we mnie strach.
Czułam się inna, odmienna, niepasująca do rodziny. Na rodzinnych zjazdach, z okazji czyichś imienin
bądź świąt, czułam się przynależna do tych ludzi, ale jednocześnie jakoś „poza”, nie pasująca
i odległa. Zastanawiałam się jak mam sobie to wyobrażać za kilkanaście lat- mój brat i kuzyni, przy
tym samym stole, już z rodziną, z dziećmi- a ja? Sama bądź z jakąś kobietą. Inna. Może akceptowana,
lecz zawsze z tym elementem, który dziwnie nie pasuje, gryzie jak metka w koszuli… Wtedy też
zaczęłam myśleć o tym wszystkim w kontekście wiary. Jak będę mogła spędzać z najbliższymi święta
mając przy swoim boku kobietę- przecież słyszy się tu i ówdzie (również w samym Kościele),
że to grzech, czyn niedopuszczalny, że katolik tak nie robi… Czy w związku z tym będę w ogóle
miała prawo mówić o Bogu? Bo w końcu co ja, grzesznica, mogę o nim w takim razie wiedzieć?
W tym wszystkim nie bałam się samego Boga, wiedziałam, że jego mądrość jest o wiele większa
niż ludzkie umysły, że nie jest ograniczona stereotypami i uprzedzeniami. Dziś, myśląc o tym
wszystkim dochodzę do wniosku, że chyba bardziej bałam się odrzucenia przez najbliższych. Tego
niedopasowania. Należę bowiem do osób, które bardzo cenią sobie rodzinne ciepło, i którym na tym
cieple zależy. Cała moja rodzina jest zresztą raczej zżyta ze sobą. I może nie jest w tym idealna tak
totalnie, ale zawsze stara trzymać się razem. Dlatego też, jako że kontekst wiary i religii jest bardzo
silnym, jeżeli chodzi o ocenę jakiej poddają nas (osoby homoseksualne) inni, bałam się, że rodzina
uzna mnie za wielką grzesznicę, za tą, która łamie jakieś zasady, robi źle i choćby nie wiem co- będzie
tą najgorszą…

Takie rozmyślania przychodziły do mnie przez pewien okres dość intensywnie. Często to wszystko
kończyło się ukrywanymi w poduszkę łzami. I to ciągłe poczucie inności, jakiegoś bycia obok,
samotnie i w niezrozumieniu. To wszystko działo się jeszcze przed coming outem, a więc również
przed tym zanim moi najbliżsi mieliby okazję cokolwiek zrozumieć bądź odrzucić. Ja jednak już wtedy
czułam się inna.

Wtedy też, pewnego dnia, dotarło do mnie, że nikt nie jest do końca samotny, że ludzie wierzący
w Boga maja to szczęście, że nawet w godzinach największej samotności, oddając się Bogu, znajdują
w Nim ukojenie. Zaczęłam się dużo modlić i rozmawiać z Bogiem. Jestem bowiem człowiekiem, który
wierzy, że Bóg nie jest surowym sędzią siedzącym wysoko na tronie, do którego zwykły człowiek nie
może się „dostać” ze swoimi troskami. Zawsze uważałam Go za przyjaciela, takiego, z którym można
iść na kawę. Moje rozmowy z Nim, prócz normalnej modlitwy, zawsze były też rozmową
z przyjacielem. To kolejne szczęście jakiego doznają osoby wierzące, że swojego Przyjaciela mają
zawsze obok, gdziekolwiek by się nie znalazły…

Doszłam do wniosku, że najważniejszym elementem wiary, jaki Jezus Chrystus chciał przekazać
podczas całego swego pobytu na ziemi, nam ludziom, jest miłość. „Tylko” tyle… po prostu miłość.

Bez naszego ludzkiego doszukiwania, analizy, prób zamknięcia w jakimś schemacie, ujęcia w jakiejś
definicji. Zwykła, prosta miłość… Pojęłam, że każda miłość, gdy tylko nie sprawia krzywdy drugiej
osobie (np. gwałt czy pedofilia), podoba się Bogu. On widzi więcej niż ludzie, patrzy na nas jako
na całokształt tego, jacy jesteśmy. Każdy z nas, bez względu na to kogo kocha, może być przyjacielem
Boga. Nie wydaje mi się, że w dniu ostatecznym, Bóg powie „Homo na prawo, hetero na lewo,
homo minus 5 punktów, hetero plus 5”. Nie na tym rzecz polega, tak mi się wydaje. Wiara w Boga
objawia się przede wszystkim w naszym codziennym życiu, nie w ilości odmawianych modlitw czy
przeczytanych książek o tematyce religijnej. Tego próbował nauczyć nas Jezus- pojęłam to i wiem,
że Bóg mnie nie potępia. Chciałabym by tego zrozumienia było coraz więcej również w Kościele
Katolickim...

Moja najbliższa rodzina i znajomi wiedzą o mnie. Kwestia religii była poruszana w moim domu.
Przekazałam najbliższym swój punkt widzenia, nie wiem czy rozumieją to tak, jak ja to rozumiem.
Pewnie nie, jednak nie potępiają mnie, nikt nie wyrzucił mnie z domu i nie kazał iść się leczyć. To dla
mnie bardzo ważne. Wciąż jednak dostrzegam jak ważna i potrzebna jest rzetelna edukacja. Należy
modlić się o zrozumienie, w modlitwie jest siła

     Ania