Świadectwa‎ > ‎

Świadectwo Tomasza

opublikowane: 4 lis 2011, 13:19 przez Wiara i Tęcza
Witam,
 
Jako gej-chrześcijanin trzymam kciuki za grupę "Wiara i Tęcza" i jej działania. Szkoda, że nauka Kościoła, jak pokazało 20 wieków jego historii, jest tak trudna do zmiany, jednak mam nadzieję, że nasze wspólne działania i wypowiedzi pomogą żyć jeśli nie nam, to przynajmniej kolejnym pokoleniom gejów i lesbijek.
 
Widzę, że oddział Grupy powstał w Opolu - myślę, że byłaby szansa na nowych członków także we Wrocławiu, jako sporym tęczowym mieście. Niestety sam chwilowo mam zbyt dużo zajęć i zbyt mało zapału w sobie, żeby osobiście włączyć się w jego organizację, niemniej jednak trzymam kciuki.
 
Jako że na stronie brakuje mi trochę autentycznych wypowiedzi samych zainteresowanych, opowiem co nieco o sobie. Oczywiście nie mam nic przeciwko, jeśli zechcecie moją historię zamieścić - pozostawiam to Waszej decyzji.
 
Mam już prawie 22 lata. Studiuję na uczelni technicznej, na szczęście w dużym mieście.
 
Wychowałem się, co w Polsce dość oczywiste, jako katolik. Moja rodzina - a właściwie samotna matka i babcia; dziadek zmarł gdy miałem 2,5 roku - nigdy nie była jakoś przesadnie religijna, choć zawsze w niedzielnej mszy uczestniczyliśmy. Odkąd pamiętam, nieraz się spóźnialiśmy, za co mama obarczała winą mnie. Po latach to zwykle ja wychodziłem z domu pierwszy i jednak docierałem do kościoła na czas.
 
Jako dziecko nigdy nie brałem udziału w żadnych bójkach, nie wychodziłem sam na podwórko. Do tej pory odczuwam presję, by tłumaczyć się gdzie wychodzę, jeśli jestem w domu. Pamiętam z dzieciństwa zabawę lalkami i pluszakami, którym zrobiłem nawet dom ze starego pudła. Samochodami bawiłem się tylko w przypadku wizyty jakiegoś kolegi, na co dzień wolałem klocki, kolejkę elektryczną albo... encyklopedię.
 
Początkowo po Pierwszej Komunii byłem katolickim dzieckiem regularnie praktykującym, korzystającym z sakramentów, choć wówczas daleko mi było do prawdziwej, głębokiej wiary. Z czasem moja religijna praktyka ograniczyła się do spowiedzi raz, dwa razy w roku, choć we mszach nadal uczestniczyłem każdej niedzieli - zazwyczaj już bez przystępowania do Komunii Św. Na pewno antyprzykładem była tu moja matka, która rzadko kiedy korzystała z sakramentu Eucharystii. Oczywiście mój sakramentalny kryzys pogłębił się na etapie seksualnego dojrzewania w czasach gimnazjum.
 
Kościół zbyt drastycznie odnosi się do naturalnych potrzeb mężczyzny, zwłaszcza młodego, błędnie interpretując biblijny tekst opisujący grzech Onana. Zrozumiałe jest, że jak w każdej dziedzinie życia, tak i w masturbacji wskazany jest umiar, jednak dojrzewający chłopak nie może jej całkowicie uniknąć. Jest to równie naturalne jak zainteresowanie seksualne rówieśnikami, czy to płci przeciwnej czy tej samej. Dostęp do internetu przyniósł nową "pokusę" - pornografię, w moim przypadku oczywiście niemal od początku homoseksualną, co nie poprawiło sprawy.
 
Jako wrażliwy chłopak wychowany wśród kobiet niejednokrotnie zadręczałem się swoimi "chorymi skłonnościami", które wmawiał mi Kościół - może nie wprost przez usta spowiedników, lecz raczej przez chrześcijańskie strony internetowe pełne świadectw chłopaków "walczących z pornografią i masturbacją". Właściwie jedyna spowiedź, jaka została mi w pamięci z tamtego okresu, a dziś budzi tylko gorzki uśmiech, to ta, w której usłyszałem, że od masturbacji trzęsą się ręce i powoduje ona szereg innych niekorzystnych objawów. Jeśli kilka lat później jakiś chłopiec usłyszałby takie bzdury od księdza, to co musiałby sobie pomyśleć o naszym Papieżu z jego chorobą Parkinsona...
 
Niemniej jednak moje zaangażowanie w indywidualną modlitwę nie zmalało, a wręcz przeciwnie. Miałem się o co modlić - o pomoc w przezwyciężaniu swoich "skłonności". Do sakramentu bierzmowania przystąpiłem oczywiście po uprzedniej spowiedzi, lecz niezbyt pewien swojego postanowienia poprawy. Poszukiwacze znaków szatana mogą zanotować, że było to szóstego dnia szóstego miesiąca na mszy o szóstej po południu...
 
Już w gimnazjum byłem zainteresowany kolegą z klasy, wtedy jeszcze nie czysto seksualnie - raczej imponowało mi w nim to, że pomimo garbatej postawy i astmy oskrzelowej potrafił zgromadzić wokół siebie widoczną grupkę kumpli, a ja miałem towarzystwo zwykle wtedy, gdy ktoś potrzebował pomocy w zadaniach z matmy albo chemii. Dopiero po kilku latach dostrzegłem, że i w gimnazjum miałem jednak przyjaciół. Niezwykle pomógł mi w tym najlepszy kolega z licealnej ławki, którego imię pochodzi od aramejskiego "Boży dar" - i tak go teraz traktuję - więc pozwolę sobie dalej nazywać go Bożydarem. W jednym z pierwszych dni szkoły zaprosił mnie do ławki pod oknem, akurat na lekcji polskiego, na której (oprócz religii) zawsze były najlepsze warunki do pogadania. Później zaczęliśmy wspólnie spędzać czas także na przerwach, a ja w pewnym momencie zorientowałem się, że jego obecność sprawia mi przyjemność nie tylko psychiczną.
 
Odezwało się we mnie wówczas znów sumienie ukształtowane przez nauczanie Kościoła - i choć nie zwiększyło częstotliwości spowiedzi, coraz więcej czasu poświęcałem na modlitwę o czystość intencji w kontaktach z Bożydarem. W niejeden wieczór spędzałem długie minuty i kwadranse, płacząc i łkając przed krzyżem wiszącym na ścianie mojego pokoju, modląc się i litaniami, i własnymi słowami o "uzdrowienie". Wówczas byłem już tak zmęczony całą sytuacją, że główną motywacją dla pójścia do szkoły była perspektywa spotkania z Bożydarem. Na studniówkę poszedłem z jego siostrą - wyjątkowo urodziwą dziewczyną, która owszem, podobała mi się, ale chyba głównie przez uderzające podobieństwo do brata. Podczas imprezy więcej uwagi poświęciłem uwagi jemu niż jej...
 
Kilka dni po studniówce z trudem doszedłem do wniosku, że bardzo przyjacielska postawa, jaką przyjmuje wobec mnie Bożydar, wymaga ode mnie szczerości nawet w tak trudnym temacie, jak moje uczucia do niego - heteryka. Przyznałem się SMS-em, bo nie miałem śmiałości spojrzeć mu w oczy, a zaraz potem wysłałem mu życzenia urodzinowe, bo przypomniałem sobie, że to akurat ten dzień. Następnego dnia w szkole stwierdził tylko, że go przerażam, a ja odparłem, że nie ma się czego obawiać, bo mam jeszcze moralność. Przez kilka dni nie rozmawialiśmy tyle co zwykle, ale prawdopodobnie wynikło to z mojej podświadomości - on chyba wziął to za dobry żart. W końcu sam próbował mnie kiedyś nabrać na swoje ojcostwo, jak się okazało, chrzestne... Teraz na serio wie o mnie i moich dawnych uczuciach do niego, a na ostatnim spotkaniu przy piwie nawet pytał, czy mam chłopaka.
 
Na studiach dość szybko okazało się, że aż dwóch moich kolegów z grupy - P. i M. - jedzie na tym samym wózku. Na jednego trafiłem na "tęczowym" portalu randkowym bezpośrednio po założeniu własnego konta, drugi wyciągnął tę informację ze mnie i sam się przyznał podczas spaceru - powrotu do akademika po Nocy Muzeów. Wszyscy trzej mieliśmy w swoim życiu okres walki ze swoją orientacją w imię wierności nauce Kościoła. Ja i M. poświęcaliśmy dużo czasu modlitwie; ja niejeden wieczór spędziłem na długim spacerze z przemyśleniami, którego obowiązkowym punktem była modlitwa przed ukrytym w krzewach krzyżem. Ostatecznie z P. (teoretycznie biseksualnym) przestałem utrzymywać kontakty, ale wiem, że rozgląda się jednak za chłopakami. Moje kontakty z M. osłabły, kiedy odwróciłem się od "nawrócenia na hetero", a on działał w duszpasterstwie akademickim, ale w ostatnim czasie odnalazł on jednak swoją miłość w chłopaku, a dla mnie znów stał się jednym z najlepszych przyjaciół - na pewno najbliższym we Wrocławiu.
 
Powinienem też wspomnieć o 5 lat starszym facecie, z którym nawiązałem internetowy kontakt kilka lat temu. Najpierw zachwalał mi doznania płynące z seksu analnego, który uprawiał z kolegami ze studiów, by zaraz potem opisać moralne konsekwencje i wyrzuty sumienia jakie mu towarzyszą. Obecnie, choć nie utrzymujemy kontaktu, nie dziwią mnie jego ówczesne wypowiedzi, bo jego opisy na GG jednoznacznie sugerują, że został księdzem.
 
Ja natomiast mam coraz poważniejsze wątpliwości, czy z moimi poglądami powinienem dalej nazywać się katolikiem, choć w kwestiach doktryny wiary do katolicyzmu mi najbliżej. Na pewno jestem chrześcijaninem i wstydzę się za naukę Kościoła, w którym się wychowałem. Wiem że nie jestem jedyny - poznałem nawet ostatnio chłopaka, który po roku wystąpił z seminarium, stwierdziwszy, że to, co się tam odbywa, niewiele ma wspólnego z szukaniem w życiu Boga. Tam nauczył się przeklinać, tam obudził się któregoś ranka z kolegą w łóżku. Mimo to nadal praktykuje, bo taką ma potrzebę duszy. Jeśli Bóg da, teraz spróbuje iść w życie i szukać w nim Boga wspólnie ze mną.

Tomasz